piątek, 29 maja 2015

badziewiem obdarowana

każdy na pewno dostał kiedyś taki prezent, który spędzał sen z powiek... ale nie z radości, tylko z zakłopotania, zdenerwowania, że obdarowująca osoba wydała kupę kasy na badziew, który szpeci moją przestrzeń... dostałam w życiu kilka takich prezentów i niestety szpeciły mój pokój, dom, raziły w moje oczy lub nos.... stawiałam je na półkach w salonie, albo w łazience, żeby nie sprawić przykrości osobie, która mi to dała... żeby zobaczyła, że stoi i „cieszy moje oczy”, choć w rzeczywistości wcale tak nie było...
teraz, gdy już jestem „dużą dziewczynką” raczej takich prezentów nie dostaje. Raczej praktyczne rzeczy, które po kilku użyciach bezkarnie wywalam do śmietnika jak mi nie pasują, albo pieniądze... kasa zawsze się przydaje, choć taka beznamiętna jest... na ostatnie Boże Narodzenie dostałam prezent o jakim marzyłam, no i poza tą sytuacją nie przypominam sobie, żeby ktoś obdarował mnie czymś fajnym, czymś, co by cieszyło moje oko, ciało i całą resztę...

co zrobić, gdy z dobrego serca dostajesz prezent, który straszy?
Co zrobić, gdy ta osoba Cię kocha i chciała dobrze? Że tej osobie kupowanie tego prezentu sprawiło radość, a mnie tylko kłopot...?
co począć?
Powiedzieć? Porozmawiać? Ale jak? Jak to zrobić, żeby nie sprawić przykrości??
no bo boli mnie strasznie fakt wydania kasy na takie badziewie straszne, kiedy tyle jest pięknych rzeczy... wystarczy poszperać, popytać... ba – wystarczy posłuchać, bo ja nie ukrywam mojego gustu, mówię spontanicznie co mi się podoba, i mówię to z entuzjazmem, trudno tego nie usłyszeć i nie zauważyć... więc dlaczego dzieje się tak...?


środa, 20 maja 2015

moja BEZDZIETNA koleżanka

miało być inaczej... plany pokrzyżował los, przypadek... jeszcze nie tak dawno razem wybierałyśmy wózki, że jeździć będziemy, lansować się... ale najpierw razem zajdziemy w ciążę... nasze dzieci razem będą się wychowywać, razem będą chodzić do przedszkola i szkoły, na zmianę będziemy je odbierać z przedszkola, żeby ta druga mogła po pracy zakupy na spokojnie zrobić... taki był plan, nasz doskonały, no bo jak inaczej, jak my przez płot mieszkamy – wszystko razem...

nie przychodzisz już, z zakupów prosto do domu idziesz, nawet się nie obejrzysz... gdy pytam, czemu z mężem na piwo nie wpadniecie, słyszę : „on źle znosi widok kobiety w ciąży”... jest mi przykro choć nie mówię nic
gdy pytam, czemu na kawę poranną w niedzielę nie wpadasz w pidżamie, słyszę: „mam patrzyć na Twój duży brzuch?” znów mi przykro, choć nie mówię nic...

los obdarował mnie ciążą, a Ona jest coraz chudsza... u mnie jest gwar, rozwiany włos, bujanie na huśtawce co dzień... Ona ucieka w pracę, w działkę, w wypady z koleżankami do baru (pewnie równie bezdzietnymi jak Ona)...

czekam... czekam... aż i u Niej pojawi się uśmiech na twarzy z powodu rosnącego brzucha, czekam, kiedy przyjdzie do mnie zrobić test ciążowy, który tym razem okaże się pozytywny... czekam, aż zapyta mnie, kiedy może już zacząć kupować coś dla swojego maleństwa, poradzi się, jaki wózek wybrać i jakim kremem smarować brzuch i piersi... czekam na to wszystko z nadzieją, że moja koleżanka wróci do mnie z tej samotnej podróży... i mimo że wbrew planom, nie kroczyłyśmy tą samą ścieżką, to Ona dopasuje się krokiem i dalej już pójdziemy razem...



piątek, 8 maja 2015

słowa

jakże ważne od samego początku... czy i Was denerwuje to, w jaki sposób obce osoby (czasem i rodzinka.pl) zwracają się do Waszych dzieci? Czy skacze Wam ciśnienie, gdy słyszycie te wszystkie zdrobnienia, seplenienia, faflunienia...? czy myślicie o negatywnych skutkach takiego wyrażania się do dzieci? Zwłaszcza malutkich, no bo do przedszkolaka raczej już tak nikt nie mówi... ale efekty faflunienia do niemowlaka odczuwa przedszkolak, gdy nie potrafi wyraźnie powiedzieć absolutnie NIC... a wtedy logopeda mój miły panie i ćwiczenia, które czasem ciężko z dzieckiem przeprowadzić, bo dziecko się buntuje, albo złośliwie nie mówi nic... 

od samego początku, jak urodziłam córkę, zabraniałam każdemu faflunić do Niej, bezwzględnie... co oczywiście styknęło się z oburzeniem, dezaprobatą członków rodziny... argumenty typu: wychowałam troje dzieci i do każdego tak mówiłam, żadne nie sepleniło... nie przemawiają do mnie. Mam swoje zdanie, no mam, ale każdy chce na siłę przekonywać, że nie mam racji... albo nawet nie przekonywać, ale ignorować moje prośby o normalną mowę do dziecka i przy dziecku...
coż... kultura takich ludzi nie ma sobie równych... oczywiście nie chcę tu nikogo obrażać, jak ktoś poczuł się źle, to ja bardzo przepraszam... ale... uważam, że jednak należy wychodzić naprzeciw prośbom rodziców o konkretne zachowania w obecności Ich potomstwa... bo to Oni wychowują, kształtują... starają się. 

Mówmy „idziemy na dwór”, a nie „da-da”, przecież takiego wyrażenia nie ma w żadnym polskim słowniku... to właśnie najbardziej mnie drażniło, to nieszczęsne da-da... masakra jakaś, pokłóciłam się raz nawet o to z teściową, bo ona to jeszcze przeinaczała, np. „idziemy dadaśko” - grrrr, szok po prostu kulturowy, jakbym słuchała czegoś w innym całkiem języku...
Nie uważam, żebym była kimś strasznie mądrym, czy doświadczonym, ale swój rozum mam i naprawdę z choinki się nie urwałam, bałabym się zwrócić komuś uwagę na temat Jego dziecka z prostego powodu... a mianowicie, żeby nie usłyszeć słów typu: nie wtrącaj się, nie wtykaj nosa..., a co Cię to obchodzi, zajmij się swoimi dziećmi, a nie moim, sam/a wiem lepiej, co dobre dla mojego dziecka... i wiem, że to byłaby prawda najprawdziwsza z prawdziwych, bo sama też tak uważam...
i chyba nawet nie chodzi tu TYLKO o te słowa, a o całą masę rad od obcych i nie obcych w jaki sposób wychowywać i się opiekować, jak karmić czy ubierać... ale to już grubszy temat na kiedy indziej...

a słowa, które kierowane są do nas... jak powiedziałam, że jestem w drugiej ciąży, to usłyszałam : „to trudno...” od siostry męża, a od teściowej: „no to teraz będziecie zapierdalać”... ciężko wyrazić mi uczucia, jakie wtedy kłębiły się w mojej głowie... ciężko mi i teraz, chociaż minęło już pół roku... nie rozumiem, czym kierują się ludzie wyrażając swoje zdanie w taki sposób, nie pamiętają, że czasem MILCZENIE JEST ZŁOTEM...? no choćby, żeby tej dziewczynie nie sprawić przykrości, każdy sobie myśli co sobie chce, ale dla mnie to była taka radość, gdy test pokazał mi, że po raz drugi będę mamą, że moja córka nigdy już nie będzie sama, nawet jeśli nas zabraknie, że będzie miała do kogo się zwrócić o pomoc gdy nas będzie się bała, wstydziła, no bo różne są sytuacje, czasem rodzice „to nie to”, przyjaciele – rzadko są prawdziwi, a brat, siostra... dla mnie bardzo wyidealizowany temat, bo jestem jedynaczką... zawsze będę... a jak ma się rodzeństwo, no to zawsze ma się wybór – albo to jest najlepszy przyjaciel, albo nie... ja takiego wyboru nie miałam – od zawsze jestem sama. Nie chciałam, żeby moja córka miała takie życie jak ja... chciałam dla niej czegoś więcej, a tu ktoś mi mówi, że trudno?? cóż za tupet, brak kultury, uczuć... eh... szkoda gadać.

Ludzie zapominają gryźć się w język... czasem trzeba, żeby nie wyjść na gbura, głupka itp. żeby ktoś przez te słowa nie płakał, żeby ich nie rozpamiętywał... czemu niektórzy o tym nie myślą? O tych wszystkich konsekwencjach wypowiadanych przez siebie słów..? egoiści...? 

a tak w sumie, to po co dawać rady nie pytanym... skąd ta śmiałość w wyrażaniu, nawet narzucaniu swojego zdania innym ludziom...?? po co to? czemu ma służyć? no bo chyba taka wszechwiedząca Pani nie kieruje się dobrem dziecka i matki, chce raczej pokazać, że WIE, i to wie LEPIEJ napewno, i musi powiedzieć, bo świat się zawali, czy coś, a może to dziecię biedne będzie nadal jak ONA tego nie powie...

prawda to i tylko prawda, albowiem matka swojego dziecka nigdy lepiej wiedzieć nie będzie od innych matek innych dzieci, a i babć i cioć to już nigdy-przenigdy... amen