środa, 8 lipca 2015
co robi matka w 10 m-cu ciąży
tak - to już 10 miesiąc zaczęty
bilans nie prezentuje się korzystnie, więc go pominę...
kręcę się w kółko i nie wiem co ze sobą począć, skurcze są i mijają... opuchlizna jest i nie mija...
paznokcie zrobione, przydałoby się jeszcze bo tak szybko odrosły, ale moja Madzia idzie na urlop...
oko na świeżo zrobione...
włos pofarbowany...
nogi ogolone, no - i nie tylko nogi...
jestem GOTOWA :-)
wychodź już mój Mały Gwiezdny Chłopczyku - czekamy na Ciebie bardzo
wyczekiwanie starszej siostry:
"mamusiu... (łapiąc mnie za brzuch i nim trzęsąc), na pewno jest jakiś sposób, żeby On już wylazł..."
"- mamusiu? bardzo chcesz, żeby dzidziuś już wyszedł?
- tak
- to musisz dużo jeść, pić i odpoczywać"
żeby tylko to było takie PROSTE...
piątek, 12 czerwca 2015
matka wie najlepiej
ostatnio coraz częściej czytam w internecie o matkach i ich dzieciach, nie szukam tych artykułów specjalnie, one same mnie znajdują i zachęcają do lektury samym tytułem... i myślę sobie jak już taki artykuł otwieram co tym razem bezsensownego ludzie wymyślili...
teraz jest akcja, żeby zdążyć urodzić... no wszystko fajnie - pewnie nie jedna czy dwie by chciała, ale nie może... i to nie dla swojego widzimisię, czy dla kariery, czy gromadzenia co raz to nowszych nowinek w domu... te laski po prostu tych dzieci mieć nie mogą, a tu media na nie, że samolubne, że karierowiczki... a jak nie mogą, to co? mają się położyć i leżeć i czekać na niepokalane poczęcie? no bzdura... biorą się takie laski ostro do roboty, otwierają firmy, dokształcają się... po prostu robią karierę... ale każdy osądza, krytykuje... a może by tak głębiej spojrzeć??
a może taka laska jedna z drugą to nawet bardzo chciałyby mieć i całą gromadkę, ale w pracy sytuacja niepewna... może nie raz słyszą od szefa, że nie da się pogodzić pracy w JEGO firmie z byciem matką... a czasy jakie mamy, każdy wie...
a może genetycznie jest obciążona i boi się, że i dziecko chore się urodzi...
a może to choroba powoduje brak ciąży... raczej takie osoby nie chwalą się tym problemem na prawo i lewo, więc i tak są osądzane, że dzieci jeszcze nie ma...
można tak bez końca
a może zamiast wymyślać takie beznadziejne akcje, zająć się własną dupą? no nie lepiej by na świecie było?
nie ma po równo... jeden ma więcej, drugi mniej, jeden zanim pomyśli to już ma dziecko, a drugi o te dzieci walczy - najpierw w klinikach, potem w szpitalach, a na końcu w ośrodkach adopcyjnych...
no a jak już taka dziewczyna/kobieta ma dziecko, to się dopiero zaczyna ostra jazda... a zaczyna się już w ciąży...
źle, że do końca jeździ samochodem - no jak jej dobrze to jeździ - ja za 4 tygodnie rodzę i jeżdżę autem codziennie, bo to lepsze niż chodzenie piechotą - co może mi się stać?
źle, że na słońcu siedzi pół dnia, mimo, że gruby koc na brzuchu, żeby dziecka nie przegrzać - źle i już. ale co ma się stać? jeśli ja dobrze się czuję, wręcz wyśmienicie na tym słońcu, ja się go doczekać nie mogłam, a teraz za plecami gadają, że się opalam...
źle, że wyprawka kupiona już dawno, że wózek w salonie już stoi, a łóżeczko czeka na rozłożenie, że komoda cała wypełniona śpioszkami, pieluszkami i resztą gadżetów... no bo zapeszam... hę? a co ma się stać? co ma być to będzie, a jakbym ja tych rzeczy nie kupiła, to kto by kupił za mnie? jakbym ja ich nie miała odpowiednio wcześniej, to ja ze stresu bym przedwcześnie na porodówkę gnała...
a jak już urodzi ta kobieta - już matka to już wszystko źle robi...
źle w ogóle się do tego rodzenia zabrała, bo cesarkę sobie zażyczyła, albo ze wskazania miała, to w sumie nie urodziła wcale, tylko to dziecko jej wyjęli, a Ona sobie jak ta dama leżała w tym czasie i paznokcie swoje wypielęgnowane oglądała... no a jak? przecież TYLKO poród siłami natury (nie przypominam sobie, żeby mi natura córkę pomagała rodzić - to raczej ja się namęczyłam za wszystkie czasy) to prawdziwy poród...
źle wozi/nosi dziecko... no bo w wózku to się powinno, a nie w nosidle, co to wisi wszystko, albo jeszcze jaka chusta, jak w Afryce, kto to pomyślał, kręgosłup dziecku złamiesz, ty matko wyrodna...
a i ubrać nie potrafi, czapki w lipcu nie zakłada i skarpet, przecież to zmarznie, ten kurczak mały... no bo przecież wszyscy w lipcu czapki noszą i skarpety obowiązkowo, a tu noworodek jeszcze leżący w wózku, to trzeba jedną warstwę więcej założyć, bo zmarznie... kocem nie przykrywa...
karmić to już wcale, a wcale nie umie, bo co to za matka, która nowonarodzone swoje do piersi nie przystawia... trzeba jej szybko powiedzieć, uświadomić, że źle robi, że dziecku krzywda straszna, że chorować będzie po każdym podmuchu wiaterku letniego...
no bo karmić to TRZEBA tylko piersią, i to jeszcze jak najdłużej - najlepiej to przestać dopiero jak latorośl do przedszkola pójdzie...
czego jeszcze taka matka nie umie?
często nie umie się postawić...
nie umie walczyć o swoje zdanie...
mimo, że rozum, serce i intuicja mówi jej jedno, to i tak nie jest pewna, bo ktoś powiedział jej inaczej... no, ale najprawdziwsza z prawd to taka, że nie zawsze prawda stoi po stronie większości...
biedne takie matki... nic im się jeszcze od państwa nie należy za to, że stworzyły człowieka, nową siłę roboczą, co to je do tej roboty jeszcze przystosują - wychowają...
becikowe się nie należy - próg ledwo przekroczony, ale jaki próg - o matko kochana...
zwrot podatku się nie należy - bo też próg...
no może się należeć będzie, jak więcej dzieci będzie, to te progi już niższe są, albo wcale nie ma, ale to wtedy inny kłopot... nowa władza, nowe rządy - nie będzie becikowego, ani zwrotu podatku za dzieci, nic nie będzie... ale nagabywać do rodzenia będą bardziej. no i jaka tu logika??
moja blond inteligencja mówi mi, że nic dobrego nas nie czeka, logiki nie ma w rządzie... więc chyba lepiej robić sobie dobrze, a nie źle - i nie krytykujmy, nie nagabujmy, nie pytajmy...
bądźmy dobrzy, tacy, jacy sami byśmy chcieli, żeby ktoś był dla nas...
" nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe..."
uśmiechajmy się... to nasz świat będzie fajniejszy :-)
niechaj każda matka wychowuje swoje dziecko inaczej - będzie różnorodność
pewnych rzeczy nie zmienimy, bądźmy z tym pogodzeni...
teraz jest akcja, żeby zdążyć urodzić... no wszystko fajnie - pewnie nie jedna czy dwie by chciała, ale nie może... i to nie dla swojego widzimisię, czy dla kariery, czy gromadzenia co raz to nowszych nowinek w domu... te laski po prostu tych dzieci mieć nie mogą, a tu media na nie, że samolubne, że karierowiczki... a jak nie mogą, to co? mają się położyć i leżeć i czekać na niepokalane poczęcie? no bzdura... biorą się takie laski ostro do roboty, otwierają firmy, dokształcają się... po prostu robią karierę... ale każdy osądza, krytykuje... a może by tak głębiej spojrzeć??
a może taka laska jedna z drugą to nawet bardzo chciałyby mieć i całą gromadkę, ale w pracy sytuacja niepewna... może nie raz słyszą od szefa, że nie da się pogodzić pracy w JEGO firmie z byciem matką... a czasy jakie mamy, każdy wie...
a może genetycznie jest obciążona i boi się, że i dziecko chore się urodzi...
a może to choroba powoduje brak ciąży... raczej takie osoby nie chwalą się tym problemem na prawo i lewo, więc i tak są osądzane, że dzieci jeszcze nie ma...
można tak bez końca
a może zamiast wymyślać takie beznadziejne akcje, zająć się własną dupą? no nie lepiej by na świecie było?
nie ma po równo... jeden ma więcej, drugi mniej, jeden zanim pomyśli to już ma dziecko, a drugi o te dzieci walczy - najpierw w klinikach, potem w szpitalach, a na końcu w ośrodkach adopcyjnych...
no a jak już taka dziewczyna/kobieta ma dziecko, to się dopiero zaczyna ostra jazda... a zaczyna się już w ciąży...
źle, że do końca jeździ samochodem - no jak jej dobrze to jeździ - ja za 4 tygodnie rodzę i jeżdżę autem codziennie, bo to lepsze niż chodzenie piechotą - co może mi się stać?
źle, że na słońcu siedzi pół dnia, mimo, że gruby koc na brzuchu, żeby dziecka nie przegrzać - źle i już. ale co ma się stać? jeśli ja dobrze się czuję, wręcz wyśmienicie na tym słońcu, ja się go doczekać nie mogłam, a teraz za plecami gadają, że się opalam...
źle, że wyprawka kupiona już dawno, że wózek w salonie już stoi, a łóżeczko czeka na rozłożenie, że komoda cała wypełniona śpioszkami, pieluszkami i resztą gadżetów... no bo zapeszam... hę? a co ma się stać? co ma być to będzie, a jakbym ja tych rzeczy nie kupiła, to kto by kupił za mnie? jakbym ja ich nie miała odpowiednio wcześniej, to ja ze stresu bym przedwcześnie na porodówkę gnała...
a jak już urodzi ta kobieta - już matka to już wszystko źle robi...
źle w ogóle się do tego rodzenia zabrała, bo cesarkę sobie zażyczyła, albo ze wskazania miała, to w sumie nie urodziła wcale, tylko to dziecko jej wyjęli, a Ona sobie jak ta dama leżała w tym czasie i paznokcie swoje wypielęgnowane oglądała... no a jak? przecież TYLKO poród siłami natury (nie przypominam sobie, żeby mi natura córkę pomagała rodzić - to raczej ja się namęczyłam za wszystkie czasy) to prawdziwy poród...
źle wozi/nosi dziecko... no bo w wózku to się powinno, a nie w nosidle, co to wisi wszystko, albo jeszcze jaka chusta, jak w Afryce, kto to pomyślał, kręgosłup dziecku złamiesz, ty matko wyrodna...
a i ubrać nie potrafi, czapki w lipcu nie zakłada i skarpet, przecież to zmarznie, ten kurczak mały... no bo przecież wszyscy w lipcu czapki noszą i skarpety obowiązkowo, a tu noworodek jeszcze leżący w wózku, to trzeba jedną warstwę więcej założyć, bo zmarznie... kocem nie przykrywa...
karmić to już wcale, a wcale nie umie, bo co to za matka, która nowonarodzone swoje do piersi nie przystawia... trzeba jej szybko powiedzieć, uświadomić, że źle robi, że dziecku krzywda straszna, że chorować będzie po każdym podmuchu wiaterku letniego...
no bo karmić to TRZEBA tylko piersią, i to jeszcze jak najdłużej - najlepiej to przestać dopiero jak latorośl do przedszkola pójdzie...
czego jeszcze taka matka nie umie?
często nie umie się postawić...
nie umie walczyć o swoje zdanie...
mimo, że rozum, serce i intuicja mówi jej jedno, to i tak nie jest pewna, bo ktoś powiedział jej inaczej... no, ale najprawdziwsza z prawd to taka, że nie zawsze prawda stoi po stronie większości...
biedne takie matki... nic im się jeszcze od państwa nie należy za to, że stworzyły człowieka, nową siłę roboczą, co to je do tej roboty jeszcze przystosują - wychowają...
becikowe się nie należy - próg ledwo przekroczony, ale jaki próg - o matko kochana...
zwrot podatku się nie należy - bo też próg...
no może się należeć będzie, jak więcej dzieci będzie, to te progi już niższe są, albo wcale nie ma, ale to wtedy inny kłopot... nowa władza, nowe rządy - nie będzie becikowego, ani zwrotu podatku za dzieci, nic nie będzie... ale nagabywać do rodzenia będą bardziej. no i jaka tu logika??
moja blond inteligencja mówi mi, że nic dobrego nas nie czeka, logiki nie ma w rządzie... więc chyba lepiej robić sobie dobrze, a nie źle - i nie krytykujmy, nie nagabujmy, nie pytajmy...
bądźmy dobrzy, tacy, jacy sami byśmy chcieli, żeby ktoś był dla nas...
" nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe..."
uśmiechajmy się... to nasz świat będzie fajniejszy :-)
niechaj każda matka wychowuje swoje dziecko inaczej - będzie różnorodność
pewnych rzeczy nie zmienimy, bądźmy z tym pogodzeni...
poniedziałek, 1 czerwca 2015
łączmy się ciężarówki
kto się zgadza - ręka w górę !
na palcach jednej ręki mogę policzyć momenty, gdy zostałam wpuszczona na początek kolejki, ustąpiono mi miejsca lub poproszono o skorzystanie z krzesła/fotela/pufy/kanapy...
kobieta w ciąży wywołuje uśmiech na twarzy, ale już nie wywołuje poczucia ochrony Jej, zatroszczenia się...
sytuacja z pierwszej ciąży - lato, upał, jadę autobusem pół godziny do lekarza, na stojąco, trzęsąco, obok na siedzeniach siedzą dwie Panie - na oko - 60-letnie i uśmiechają się do mnie... ja jedną ręką trzymam drążek, drugą torebkę, pot po czole płynie, a One patrzą się na mój brzuch i się uśmiechają.... żenada
kolejna sytuacja z autobusu, którym jeździłam na każdą wizytę u lekarza w pierwszej ciąży - na środku stoję ja i 3 młodziutkie dziewczyny - na oko - ok. 16-18-letnie - nagle razem dostrzegamy dwa wolne miejsca, ruszam do nich, lecz w połowie się cofam... one były szybsze....
kolejna z autobusu - październik 15 - teoretyczna data mojego porodu - mąż w pracy, nie mógł się wyrwać, więc ja tym autobusem, tłok, ledwo trzymam się drążka, starsza Pani obok mnie stojąca zagaduje widząc brzuch już pokaźnych gabarytów, mówię, że ciężko, bo mąż nie mógł mnie zawieźć, że termin mam na dziś i mam nadzieję już urodzić niebawem, bo ciężar straszny dźwigam, obok ludzie - przysłuchują się rozmowie, uwagę zwracają na reakcję owej Pani, że ja w dniu terminu busem wypchanym po brzegi jadę na stojąca, ale nikt nie podniósł szanownych czterech liter...
te sytuacje są sprzed 5 lat... a teraz rok bieżący - ciąża nr 2 - i dziewczynka 4,5 letnia zawsze obok mnie...
... marudząca, stękająca, że Ona już do domu chce, że pić Jej się chce, że siku, a tu akurat w kolejce stać musimy, bo ostatni dzień przed imprezą w przedszkolu na Dzień Babci, musimy papierowe talerzyki kupić - taki nasz wkład w imprezę - 3-4 miesiąc ciąży, gorąco, bo kurtki w ręku noszę, swoje i dziewczynki, mdłości... brzuszek malutki, ale jednak już się troszkę odznacza, a my nadal w kolejce... nie miałam odwagi poprosić o wpuszczenie na początek, mimo, że same talerzyki do kupienia...
jako, że teraz mobilna jestem, auto swoje własne, nie muszę już autobusami się przemieszczać (byłoby to bardzo trudno z dziewczynką uwieszoną za nogę), sytuacje ignorowania mojego brzucha mam okazję przeżywać tylko w kolejkach w marketach... kilka takich było, ale jak to wszystko wygląda, to wiecie same...
a taka miła dla odmiany sytuacja:
zajechałyśmy z moją dziewczynką na stację benzynową co hot-dogi sprzedaje, my je bardzo lubimy, i choć nie zdrowe wcale, to czasem sobie zajeżdżamy, no i ustawiam się w kolejce, dziewczynka ze mną, ja w płaszczu, ale brzuch już wystaje, Pan z przodu stojący zaprosił mnie przed siebie... jakie to miłe, i pogadał chwilkę i pożartował, że zachcianka ważna sprawa i trzeba szybko kupować te hot-dogi... serce mi urosło, nawet chyba mała łezka w oku (te hormony)...
czy nie milej byłoby na świecie, gdy tak ludzie by sobie pomagali? czy nie weselej pożartować w kolejce ze starszym Panem, który jak widać bardziej rozumie sytuację ciężarnej, niż starsza Pani, żałośnie uśmiechająca się, ale kolejki pilnująca jak lwica na stepie podczas polowania....
mam okazję pracować w "okienku", i przyznaję - mimo, że nigdzie to nie napisane, że kartka dotycząca wchodzenia do gabinetu bez kolejki dotyczy kombatantów wojennych i honorowych dawców krwi - wpuszczam ciężarne bokiem, wszystkie, nawet te, co dopiero się o tym dowiedziały (każda ciężarówka wie, jakie to początki żygająco-mdlące są), z dziećmi małymi... WSZYSTKIE
i nie raz zdarzyło mi się dostać "opr" od pozostałych uczestników owej kolejki, ale ja to mam gdzieś głęboko i U MNIE Panie z brzuszkiem lub/i z małymi dziećmi w kolejce NIE stoją.
zachęcam wszystkich, którzy pracują "w okienku", lub w miejscach, gdzie kolejka to podstawa o zapraszanie Pań brzuszastych na początek, niech im miło będzie, niech poczują się ważne w tym czasie, kiedy PRODUKUJĄ CZŁOWIEKA... niech stanie się to normą, czymś oczywistym...
niech takiej starszej Pani głupio się zrobi, kiedy jakiś Pan przepuści Ciężarną, niech sobie przypomni czasy, kiedy sama z brzuchem biegała, stała pewnie w jeszcze dłuższych kolejkach, niech wie, że czasy się zmieniają i że ciężarna to SKARB NARODU, że trzeba o Nią dbać, bo przyrost naturalny coraz mniejszy, że młodzi ludzie wyjeżdżają za granicę rodzić dzieci...
pozdrawiam przy okazji wszystkie Panie, które obecnie są w ciąży.
w ten ostatni mój miesiąc mam jeszcze troszkę spraw do załatwienia i postanawiam sobie - będę wciskać się na początek, będę walczyć, bo to moja ostatnia szansa...
piątek, 29 maja 2015
badziewiem obdarowana
każdy na
pewno dostał kiedyś taki prezent, który spędzał sen z powiek...
ale nie z radości, tylko z zakłopotania, zdenerwowania, że
obdarowująca osoba wydała kupę kasy na badziew, który szpeci moją
przestrzeń... dostałam w życiu kilka takich prezentów i niestety
szpeciły mój pokój, dom, raziły w moje oczy lub nos.... stawiałam
je na półkach w salonie, albo w łazience, żeby nie sprawić
przykrości osobie, która mi to dała... żeby zobaczyła, że stoi
i „cieszy moje oczy”, choć w rzeczywistości wcale tak nie
było...
teraz,
gdy już jestem „dużą dziewczynką” raczej takich prezentów
nie dostaje. Raczej praktyczne rzeczy, które po kilku użyciach
bezkarnie wywalam do śmietnika jak mi nie pasują, albo pieniądze...
kasa zawsze się przydaje, choć taka beznamiętna jest... na
ostatnie Boże Narodzenie dostałam prezent o jakim marzyłam, no i
poza tą sytuacją nie przypominam sobie, żeby ktoś obdarował mnie
czymś fajnym, czymś, co by cieszyło moje oko, ciało i całą
resztę...
co
zrobić, gdy z dobrego serca dostajesz prezent, który straszy?
Co
zrobić, gdy ta osoba Cię kocha i chciała dobrze? Że tej osobie
kupowanie tego prezentu sprawiło radość, a mnie tylko kłopot...?
co
począć?
Powiedzieć?
Porozmawiać? Ale jak? Jak to zrobić, żeby nie sprawić
przykrości??
no bo
boli mnie strasznie fakt wydania kasy na takie badziewie straszne,
kiedy tyle jest pięknych rzeczy... wystarczy poszperać, popytać...
ba – wystarczy posłuchać, bo ja nie ukrywam mojego gustu, mówię
spontanicznie co mi się podoba, i mówię to z entuzjazmem, trudno
tego nie usłyszeć i nie zauważyć... więc dlaczego dzieje się
tak...?
środa, 20 maja 2015
moja BEZDZIETNA koleżanka
miało
być inaczej... plany pokrzyżował los, przypadek... jeszcze nie tak
dawno razem wybierałyśmy wózki, że jeździć będziemy, lansować
się... ale najpierw razem zajdziemy w ciążę... nasze dzieci razem
będą się wychowywać, razem będą chodzić do przedszkola i
szkoły, na zmianę będziemy je odbierać z przedszkola, żeby ta
druga mogła po pracy zakupy na spokojnie zrobić... taki był plan,
nasz doskonały, no bo jak inaczej, jak my przez płot mieszkamy –
wszystko razem...
nie
przychodzisz już, z zakupów prosto do domu idziesz, nawet się nie
obejrzysz... gdy pytam, czemu z mężem na piwo nie wpadniecie,
słyszę : „on źle znosi widok kobiety w ciąży”... jest mi
przykro choć nie mówię nic
gdy
pytam, czemu na kawę poranną w niedzielę nie wpadasz w pidżamie,
słyszę: „mam patrzyć na Twój duży brzuch?” znów mi przykro,
choć nie mówię nic...
los
obdarował mnie ciążą, a Ona jest coraz chudsza... u mnie jest
gwar, rozwiany włos, bujanie na huśtawce co dzień... Ona ucieka w
pracę, w działkę, w wypady z koleżankami do baru (pewnie równie
bezdzietnymi jak Ona)...
czekam...
czekam... aż i u Niej pojawi się uśmiech na twarzy z powodu
rosnącego brzucha, czekam, kiedy przyjdzie do mnie zrobić test
ciążowy, który tym razem okaże się pozytywny... czekam, aż
zapyta mnie, kiedy może już zacząć kupować coś dla swojego
maleństwa, poradzi się, jaki wózek wybrać i jakim kremem smarować
brzuch i piersi... czekam na to wszystko z nadzieją, że moja
koleżanka wróci do mnie z tej samotnej podróży... i mimo że
wbrew planom, nie kroczyłyśmy tą samą ścieżką, to Ona dopasuje się
krokiem i dalej już pójdziemy razem...
piątek, 8 maja 2015
słowa
jakże ważne od
samego początku... czy i Was denerwuje to, w jaki sposób obce osoby
(czasem i rodzinka.pl) zwracają się do Waszych dzieci? Czy skacze
Wam ciśnienie, gdy słyszycie te wszystkie zdrobnienia, seplenienia,
faflunienia...? czy myślicie o negatywnych skutkach takiego
wyrażania się do dzieci? Zwłaszcza malutkich, no bo do
przedszkolaka raczej już tak nikt nie mówi... ale efekty
faflunienia do niemowlaka odczuwa przedszkolak, gdy nie potrafi
wyraźnie powiedzieć absolutnie NIC... a wtedy logopeda mój miły
panie i ćwiczenia, które czasem ciężko z dzieckiem przeprowadzić,
bo dziecko się buntuje, albo złośliwie nie mówi nic...
od samego początku,
jak urodziłam córkę, zabraniałam każdemu faflunić do Niej,
bezwzględnie... co oczywiście styknęło się z oburzeniem,
dezaprobatą członków rodziny... argumenty typu: wychowałam troje
dzieci i do każdego tak mówiłam, żadne nie sepleniło... nie
przemawiają do mnie. Mam swoje zdanie, no mam, ale każdy chce na
siłę przekonywać, że nie mam racji... albo nawet nie przekonywać,
ale ignorować moje prośby o normalną mowę do dziecka i przy
dziecku...
coż... kultura
takich ludzi nie ma sobie równych... oczywiście nie chcę tu nikogo
obrażać, jak ktoś poczuł się źle, to ja bardzo przepraszam...
ale... uważam, że jednak należy wychodzić naprzeciw prośbom
rodziców o konkretne zachowania w obecności Ich potomstwa... bo to
Oni wychowują, kształtują... starają się.
Mówmy „idziemy na
dwór”, a nie „da-da”, przecież takiego wyrażenia nie ma w
żadnym polskim słowniku... to właśnie najbardziej mnie drażniło,
to nieszczęsne da-da... masakra jakaś, pokłóciłam się raz nawet
o to z teściową, bo ona to jeszcze przeinaczała, np. „idziemy
dadaśko” - grrrr, szok po prostu kulturowy, jakbym słuchała
czegoś w innym całkiem języku...
Nie uważam, żebym
była kimś strasznie mądrym, czy doświadczonym, ale swój rozum
mam i naprawdę z choinki się nie urwałam, bałabym się zwrócić
komuś uwagę na temat Jego dziecka z prostego powodu... a
mianowicie, żeby nie usłyszeć słów typu: nie wtrącaj się, nie
wtykaj nosa..., a co Cię to obchodzi, zajmij się swoimi dziećmi, a
nie moim, sam/a wiem lepiej, co dobre dla mojego dziecka... i wiem,
że to byłaby prawda najprawdziwsza z prawdziwych, bo sama też tak
uważam...
i chyba nawet nie
chodzi tu TYLKO o te słowa, a o całą masę rad od obcych i nie
obcych w jaki sposób wychowywać i się opiekować, jak karmić czy
ubierać... ale to już grubszy temat na kiedy indziej...
a słowa, które
kierowane są do nas... jak powiedziałam, że jestem w drugiej
ciąży, to usłyszałam : „to trudno...” od siostry męża, a od
teściowej: „no to teraz będziecie zapierdalać”... ciężko
wyrazić mi uczucia, jakie wtedy kłębiły się w mojej głowie...
ciężko mi i teraz, chociaż minęło już pół roku... nie
rozumiem, czym kierują się ludzie wyrażając swoje zdanie w taki
sposób, nie pamiętają, że czasem MILCZENIE JEST ZŁOTEM...? no
choćby, żeby tej dziewczynie nie sprawić przykrości, każdy sobie
myśli co sobie chce, ale dla mnie to była taka radość, gdy test
pokazał mi, że po raz drugi będę mamą, że moja córka nigdy już
nie będzie sama, nawet jeśli nas zabraknie, że będzie miała do
kogo się zwrócić o pomoc gdy nas będzie się bała, wstydziła,
no bo różne są sytuacje, czasem rodzice „to nie to”,
przyjaciele – rzadko są prawdziwi, a brat, siostra... dla mnie
bardzo wyidealizowany temat, bo jestem jedynaczką... zawsze będę...
a jak ma się rodzeństwo, no to zawsze ma się wybór – albo to
jest najlepszy przyjaciel, albo nie... ja takiego wyboru nie miałam
– od zawsze jestem sama. Nie chciałam, żeby moja córka miała
takie życie jak ja... chciałam dla niej czegoś więcej, a tu ktoś
mi mówi, że trudno?? cóż za tupet, brak kultury, uczuć... eh...
szkoda gadać.
Ludzie zapominają
gryźć się w język... czasem trzeba, żeby nie wyjść na gbura,
głupka itp. żeby ktoś przez te słowa nie płakał, żeby ich nie
rozpamiętywał... czemu niektórzy o tym nie myślą? O tych
wszystkich konsekwencjach wypowiadanych przez siebie słów..?
egoiści...?
a tak w sumie, to po co dawać rady nie pytanym... skąd ta śmiałość w wyrażaniu, nawet narzucaniu swojego zdania innym ludziom...?? po co to? czemu ma służyć? no bo chyba taka wszechwiedząca Pani nie kieruje się dobrem dziecka i matki, chce raczej pokazać, że WIE, i to wie LEPIEJ napewno, i musi powiedzieć, bo świat się zawali, czy coś, a może to dziecię biedne będzie nadal jak ONA tego nie powie...
prawda to i tylko prawda, albowiem matka swojego dziecka nigdy lepiej
wiedzieć nie będzie od innych matek innych dzieci, a i babć i cioć to
już nigdy-przenigdy... amen
Subskrybuj:
Posty (Atom)

